poniedziałek, 24 października 2016

Winda (cz.1)

Wnuk narratora w prologu
   Dziś jest ten dzień. Zobaczę wreszcie powierzchnię. Mówią, że jest spalona i zniszczona, ale według mnie są tam wielkie lasy.
  Zapomniałem. Jestem Nico i mam 13 lat. Od kilku lat byłem szkolony na bycie strażnikiem. Pojedziemy na powierzchnię, i będziemy się uczyć.
- To ta chwila. Zobaczymy to, co zostało. Wreszcie - zachwycała się Alice.
  Alice i Remus to moi najlepsi przyjaciele.
Alice to ładna dziewczyna, mądra i wysportowana, lecz ma protezę ręki po wypadku, a Remus jest ode mnie starszy o rok i za nic ma niebezpieczeństwa. Już teraz ćwierć jego ciała to maszyna. Sam posiadam cybernetyczną wstawkę. Mój ojciec zginął w wypadku kopalni, w którym ucierpiałem ja tracąc dłoń, a przyjaciółce zginął brat i ojciec, a sama straciła nogę.
  Zauważyłem na górze światło. Powiększało się, a po kilku sekundach wyszliśmy.
  Było pięknie.
Przede mną rozpościerała się zielona dolina. Było dużo drzew. Lecz żadnych zwierząt. Nawet muchy.
- Nie wychodźcie poza granicę niebieskich ogników. Macie mapy. Musicie znaleźć skarb, lecz jest on chroniony. Drużyna która pierwsza przyniesie zdobycz, dostaje nagrodę.
Start!
   Pobiegliśmy w kierunku zachodnim. Czułem piękne zapachy, lecz cały las wypełniała cisza. Słyszeliśmy tylko siebie.
- Ej, niebieskie ogniki - poinformowała Alice.
Przed nami pojawiły się światełka. Leciutko migały.
- Widzicie to? Jakby kawałek przestrzeni drgał.
  Rzeczywiście. Kilka centymetrów od ogromnego żywopłotu wisiał kwadrat.
   Rzuciłem w niego kamieniem. Nagle pojawił się błysk, fala i pole zniknęło.
  - Powoli się odnawia. Przechodzimy? - spytała Alice.
- Ja przechodzę. A wy? Alice? Nico?
- Przechodzimy.
Zauważyłem pojawiające się znikąd sześciokąty. Pobiegliśmy.
  Gdy wbiegłem w ścianę zieleni, pole się zamknęło. Szedłem i szedłem. Nie wiedziałem, ile minęło czasu, aż poczułem powiew zimnego wiatru. Odwróciłem się.
  A przede mną rozciągała się szara, zimna pustynia, a w oddali było miasto z windą kosmiczną.

Winda (prolog)

  Po zbudowaniu windy kosmicznej w ciągu jednego stulecia ludzkość zasiedliła większość planet w promieniu tysiąca lat świetlnych. Później powstały Przecinacze, które niszczyły tkaninę czasoprzestrzeni, tworząc portale i ludzie zamieszkali okolice jądra galaktyki. Lecz nie znaleźli innej cywilizacji.
  Po wielu latach badań okazało się, że wokół czarnej dziury krąży mały generator  impulsów gwiezdnych. Niszczy on każdą cywilizację kosmiczną co milion lat. Nic się nie działo.
  Aż nagle pojawił się Impuls.
  Pojawiła się mała, ciemna kula, która bardzo szybko się rozszerzała. Pamiętam, jak byłem na wakacjach na Idelium. Wtedy akurat pakowaliśmy się. Nagle wszystko się ściemniło. Niebo zrobiło się czerwone i pojawiła się czarna sfera. Szybko weszliśmy do autolotu, odlecieliśmy i zamierzaliśmy do portalu. Gdy ta ciemna fala przechodziła przez planetę, to wielkie miasta znikały, a bomby wybuchały. Wróciliśmy na Ziemię i czekaliśmy.
Po roku nadeszła fala. Zostały włączone wielkie generatory tarcz, ludzie odlecieli lub schowali się w bunkrach. My też. Mieliśmy holograficzny wgląd na to, co się działo. Pola Elizejskie, będące wielkim rezerwatem zwierząt i roślin w czasie przechodzienia fali zostały zniszczone. Zwierzęta nie ucierpiały. Rośliny nie ucierpiały. Ale budynki i miasta były niszczone. Chociaż wielkie generatory były włączone, to i tak wszystko było obrócone w perzynę.
  Po wielu latach weszliśmy na powierzchnię. Winda została zachowana, ale nikt kto wiedział jak ją włączył nie przeżył. Ludzie zostali rozdzieleni.

czwartek, 20 października 2016

The Elementary (cz. 7)

Han
Otworzyłem oczy. Leżałem na łóżku i miałem podłączone do ręki rurki z nektarem.
- Hej, śpiochu - usłyszałem słodki głos.
- Cleo?
- Tak! Gdzie jesteś?
Nie widziałem jej. Aż nagle po ziemi popłynęła srebrny strużka.
- Czar Hydrargyros. Wiem, że to ty.
Rtęć razem z jej oparami zmaterializowały się w blondwłosą, niebieskooką, wysoką dziewczynę.
- Za dobrze mnie znasz. Jak tam?
Zauważyłem, że była szara. Dość dużo magii zużyła.
- Nie czuję stopy - wypaliłem.
- Nie dziw się. Nie masz jej. Jest tam chmura.
Odkryłem się trochę i zauważyłem, że w miejscu gdzie powinien być staw skokowy noga płynnie przechodził w mgłę. Zauważyłem małe pasemka czerni biegnące koło żył, jak i też widziałem, że w mgle były błyskawice i dziwne obrazy.
- Posłuchaj, Han, chciałam się ciebie spytać...
- KIEDY PODADZĄ STEWARDESSY? - Krzyknął głos, ewidentnie Dymitra.
Nagle z drzwi wyszły nimfy, ze srebrnymi tacami, w których najpewniej było jedzenie.
Przybyła do nas nimfa. Jedną tacę dała mi, a drugą tacę Cleo. W nich zamiast jedzenia były...
- Eliskiry? ELIKSIRY?! - wrzasnął ktoś.
Wyleciał mały kawałek papieru. Był na nim napis:
"Śniadanie Kantońskie:
Dolej zielony płyn do miski i zmieszaj z wodą. Podgrzej, dolej czerwony eliksir i gotowe."
   Zrobiłem to, co było w instrukcji i w misce pojawiła się zupa, a w kolejnym naczyniu ryż.
  Zjadłem w ciszy. Nie smakowało to jak kuchnia Kantońska. To nie smakowało.
Świat zrobił się cały niebieski.
- Ej, coś się dzieje z Hanem - krzyknęła Cleo.
  Kilka osób zebrało się koło mnie.
  Wtem poczułem szarpnięcie za pępek. Świat zawirował.
  Stałem na kamienistej plaży. Niebo było szare, woda była szara. Ziemia była goła. Nie było na niej nawet mchu.
  - Kiedy jesteśmy - spytał się Dymitr.
  - Nie jest dobrze - powiedziała Alicia.
  - Ale kiedy jesteśmy!
  Po chwili namysłu odpowiedziała:
  - Kriogen, 720 milionów lat temu.

czwartek, 30 czerwca 2016

NIE USUWAĆ!

Alex-woda
Alicia-ziemia
Nicole-ogień
dymitr-powietrze
sylvia-światło
hans-mrok
khal-natura
han-czas
christopher-energia
Cleo-metal
elie-lód
Jason-kosmos
Padma-chaos

zapomniało się, co? ;-;
Tak, Hania.

sobota, 9 kwietnia 2016

Bogowie z Sehri według Dymitra Ivanowa (cz.2)

Bańki mydlane są spoko!
[A więc to kolejna opowieść o tych całych bogach]
Przedstawili pomysł rodzicom. Byli zachwyceni. Ale nie wiedzieli kto ma być władcą. Więc zrobili najbardziej dojrzałą rzecz.
Czyli zagrali w papier, kamień, nożyce.
Osoba która wygra zostaje królem. Najpierw odpadł Maranam [Bo on zawsze ma pecha, dzieci.], a potem Palaiva. Następnie odpadły Kantia i Tis Agnia. Finał. Tannir vs. Gali! Gali wygrał pierwszy raz, drugi i 3! Został władcą drzewa!!! Lecz nie wiedzieli jak zrobić, by ono urosło. Maranam był fochnięty, więc chciał zrobić sobie szałas.
Wpadli na pomysł stworzenia żywiołów, więc każdy zebrał myśli i zmaterializowali je. Efektem ubocznym były 4 jaja. 2 smocze, jedno ptasie i jedno gadzie (tak tak. Wiem że smok to gad, ale to było jajo węża).I nagle Kantia, Palaiva, Tannir i Tis Agnia wpadli na wspaniały pomysł. Tannir nawodni skałę, a Palaiva ją użyźni. Tis Agnia zrobi idealną temperaturę 23,77 stopnia celsjusza. Kantia dołoży energii życiowej.
Więc zaczęli realizować plan. Drzewo tak urosło, że korzenie wychodziły ze skały. Powstał pierwsze 2 wymiary. Lecz były puste. Gdy bogowie poszli spać, usłyszeli dziwne hałasy. Okazało się, że wykluły się 2 smoki, 1 wąż i 1 ptak. Smoki zaczęły walczyć. Jeden zionął ogniem, a drugi lodem i w ten sposób w kawałku skały powstały smocze światy, a w miejscu gdzie się stykały 2 promienie, powstało pasmo energii życiowej które pomogło w rozwijaniu się drzewa. Pień stał się baardzo gruby, powstało dużo gałęzi [istny las, mówię wam.] A korona! Wysokości skały i tej samej długości. Chodź konary były wystarczająco grube dla wymiarów, to bogowie sami musieli je stworzyć. Byli leniwi.
[Jeszcze nie zmienili mnie w proch, łał! Mam szczęście!]
Orzeł zadomowił się na koronie, a wąż pełzał w te i z powrotem. Jak po mojej kawie. Chcieli zrobić sobie królestwo, więc z mgły stworzyli płyn do baniek mydlanych i próbowali wdmuchiwać je do gałęzi. Robili tak kilka miesięcy, aż nagle udało im się!  Stworzyli pusty wymiar. Zaczęli tworzyć prawa, magię i rzeczywistość. Najpierw powstała wyspa. Potem Most. Most ten prowadził do innych wymiarów.  A potem zrobili ładny zamek. Kiedyś tam byłem. Mój pokój miał chyba 100 metrów kwadratowych, a to było małe pomieszczenie (według bogów). Powstały lasy. Aż nagle, Tannir i Kantia się w sobie zakochali [Torebki są pod siedzeniami a kosz na wymioty jest obok drzwi]. Wiem, obrzydliwe. Urodziła ona dziecko [No chyba nie skałę. HEHE].
-Jestem Kalikassa! Jestem boginią natury!-Powiedział bobasek.
Urodziły też się inne dzieci.Czas, Energia, Metal i Lód. Aż nagle, gdy wszyscy popijali sobię nektar Maranam Fochnięty pomyślał, żeby obalić rodziców. Zdobyłby ich moc. Wstał z leżaka.
-Maranam, gdzie idziesz?- Powiedział bóg wody.
-A tak się przewietrzyć i stawy rozchodzić.
Kosmos i Chaos siedzieli sobie na skraju wyspy. A, i jak by co. Każdy sprząta po sobie. Maranam zmienił się w chmurę. Przybliżył się do nich i... zmienił ręce w miecze i rękoma przebił ich... nie pozwolą mi tego opublikować. Wyobraźcie sobie. Potem wchłonął ich moc. Poszedł na swój leżak z Diaptrium (metal 100000000000000000000000000 razy droższy od złota).
-Hm, Mar, czemu śmierdzisz krwią?-Spytał Gali.
-Yy...
-Chwila, rozpoznaje ten zapach-Powiedział Tannir.
Wziął trochę krwi z jego barku i powąchał.
-To krew Ojca i Matki!
Była walka, i zepchnęli Maranama do otchłani. Zajmę się nim później.
Po wielu latach zdecydowali się na nowe wymiary, więc działo się. W następnym rozdziale powiem o Sehri, potem o Ziemii. Smocze wymiary zostawię na końcu. 

sobota, 2 kwietnia 2016

The Elementary (cz.6)

Padma
[Kolejna baba?]
[Jason, walnij cię proszę Dymitra]
[On ma wampirze cechy. NIE!]
Ci chłopcy. Mam dzisiaj zajęcia z eliksirów. Wolałam nie uczyć, jak stworzyć Chaos. Co?
-Grupa Chaosu do sali Chaosu nr 3!
Z podłogi zaczęły się wyłaniać ciała uczniów. Kilkoro przybiegło, a 5 przyleciało.
-Wchodzimy!
Pierwszy raz byłam w tej klasie. Na ścianach była mgła. Na rogach były 4 drzewa symbolizujące Wszechdrzewo.
-No, uczniowie. Otwórzcie podręczniki na stronie 241-Powiedziałam-Robimy dziś Eliksir Sztucznego Życia.
Chyba sama zrobię sobię takiego cosia (nikt nie wie co to jest). Gdzie miałam obłok światła... mam. Dodać do kociołka i dać ogień o temperaturze 200 stopni. Dalej... łzy feniksa, krew gryfa. Teraz zamieszać 18 razy w kierunku wskazówek zegara, 2 w przeciwnym kierunku i 4 chaotycznie. Można dodać barwnik. Ja dodam barwnik ze skały Diatramu. Ma ładny, świecący blask. I teraz poczekać 5 minut.
-Padma, mój coś jest chyba... zobaczysz?- Powiedział Marios.
Wyglądał jak... nie wyglądał. Tam, gdzie powinien być, ziała wielka ciemna dziura.
-Vhokira Diriada.-Mruknęłam.
Dziura się zamknęła.
Podeszłam do swojego kociołka. Pojawił się... glutek. Wskoczył na moją rękę. Zadzwonił dzwonek.
-Pokażcie mi swoje stworzonka.
-Nghike Ificomu! Igricami!
Mój coś zmienił się w chmurkę z oczami. Mam własne zwierze! Jej! To była moja przed ostatnia lekcja. Teraz... przerwa obiadowa. Zjadłabym jedwabiste kebaby z kurczaka.
[-Padma! Coś ty wymyśliła!- powiedział Dymitr.]
[-To moje ulubione danie!-]
-Hed, co jest!- Powiedziałam do Heda (tej chmurki bo dałam mu nazwę)
Zmienił się w dziurę a potem w naszą szkołę. Aż nagle... wybuchła. Pobiegłam do jakiegoś zabytku.
Budynek zaczął się trząść.
Tak na marginesie. Każdy magiczny obiekt może wytworzyć portal lub "doładować" nas magią. Są jak magiczne akumulatory. Dzięki im możemy wykorzystywać potęrzniejsze czary.
Jest! Znalazłam moją tarczę. Zaczęłam śpiewać. Przestrzeń się wybrzuszyła i powstał portal.
-Apartament Reyona, dyrektora szkoły.
Pojawił się w portalu wir z wody. Będę mokra. Wskoczyłam do portalu.
Znalazłam się przed drzwiami. Na szczęście nie byłam przemoczona. Zapukałam.
-Reyon!
Pojawił się.
-Tak, Padmo?
-Atak!
-Włączam alarm.
Nagle rozległ się... Alarm!
[-No chyba nie Hedwig's theme!- Powiedział Dymitr]
-Uwaga. Atak na szkołę. Proszę skierować się do Głównych Drzwi.
Znalazłam rękojeść sprzed 20400 lat. Pojawił się portal. Skoczyłam. Nagle pojawili się inni uczniowie. Jak? Znaleźliśmy się obok Głównych Drzwi. Zgromadzili się wszyscy. Dyrektor wziął urządzenie wykorzystane w rozdziale 1.
-Wszyscy łapiemy się za ręce!
Nagle świat zawirował. Pojawiliśmy się w Wymiarze Bogów.
-Nie!
Ogień, woda, mrok, światło, powietrze, ziemia. Wszędzie leciał.
-Reyon! Do Sehri!
Nagle pojawiliśmy się w naszej szkole. Była mgła. Przepraszam. Mgła próbowała stworzyć przestrzeń. Jak grom z jasnego nieba pojawiły się potwory.
-Padma!- Krzyknął Chris - CO SIĘ DZIEJE?!
-Nie wiem! To stworzenia chaosu, lecz ich nie znam!
-WSZYSCY ZAWODOWCY! TRZY ZAKLĘCIA OCHRONY PRZED ERĄ CHAOSU! I JESZCZE MAAT! TERAZ!
-Victim Lendari! Saleva Eliri! Filari Mundili!
Pojawił się Starożytny Alfabet. Najpierw Chris, Alex, Dymitr i Khal stracili przytomność. Potem Jason, Cleo, Ellie i Sylvia. Zostałam ja, Nicole, Alicia, Hans i Han, lecz i oni padli. Zostałam sama. Energia mi się wyczerpywała. Muszę przestać. A potem wszyscy zginęliśmy.

HAHAHAHAHA! Żart. Obudziłam się w szpitalu. Obok mnie (na sąsiednim łóżku) był Jason. Nie było z nim dobrze. Miał rany na: rękach, nogach, tułowiu. Krew mu ciągle leciała. Wstałam, lecz upadłam. Chyba jako jedyna się obudziłam.
-Ał! Czy ma ktoś nie wiem... plaster na metalową dłoń?- Usłyszałam głos.
-Chris?
-Padma? Ja tutaj się od wczoraj nudzę. Wszyscy albo krwawią, albo śpią, albo gadają przez sen o jakiś kotkach.
-Ile...
-Tydzień. I...
-I co?
-Z-zniszczono...
-Co zniszczono?!-Krzyknęłam.
-Zniszczono świat energii. Nie mamy dostępu do czarów. Najwyżej eliksiry.
-J-jak damy sobie radę?!
-Musimy zacząć działać jak w czasie wojny. Pamiętasz, jak magia na obszarze bitewnym zniknęła?
-Walczyliśmy za pomocą...
-Naszych wewnętrznych mocy. W nas jest magia. Jesteśmy dziećmi bogów. Damy radę!
Nagle drzwi się otworzyły. Annie, najlepsza uczennica światła trzymała coś. Chwila. To był mój uczeń. Leo Prior. Ma 8 lat. Był spetryfikowany.
-Próbował stworzyć czarną dziurę, lecz spojrzał na potwora i widzicie...
 Między jego rękami była wirująca malutka czarna dziura.
Dziś wszystko się popsuło. I w dodatku jest nowe, przerażające zagrożenie...

niedziela, 7 lutego 2016

The Elementary (cz.5)

 Nicole
[Cicho! Poza tym, kobieca intuicja mówi mi, że będzie brzydka pogoda.]
[Kobieca intuicja, która nazywa się internetem. Do mikrofonu dorwał się Dymitr :) .]
Według Khala jest bardzo źle. Przesadza. Jest o wiele gorzej. Ostatnio, gdy byłam w Tisagnii... temperatura opadła do poziomu 600 stopni. Fahrenheita, dodam. Dla was może być dużo, ale to... bardzo mało. Czyli jest źle. Po prostu. Właśnie, może spojrzę jak tam jest. Wzięłam Ognika, mojego feniksa. Ściągnęłam z szafki kulkę.
-Pałac Tis Agnii-
Świat zawirował. Poczułam mdłości. To co zobaczyłam, było przerażające.
Padał śnieg. Żałowałam, że nie wzięłam kurtki. W niektórych miejscach ogniste olbrzymy rozgrzewały powietrze, ale bardzo słabo. Ognik zmienił się w żywy ogień i położył mi się na ramieniu.
-Umilio.- Mruknęłam.
Z różdżki wyskoczył płomień. Jednak zniknął po kilku sekundach. Miałam dziwny, a nawet chory pomysł. Mogłabym umrzeć.
-Maat! Ti!-
Wykorzystałam dwa boskie słowa. Usłyszałam trzask i pojawił się Dymitr. Lód poleciał na nas i wszyscy zginęliśmy.

HAHAHA! Nie.
Byłam na jakiejś latającej wyspie. Obok mnie medytował Dymitr. Medytował? On przecież miał ADHD i nawet nie umie usiedzieć 10 minut na spotkaniach.
Pojawił się Ognik. Trzymał kosz z jedzeniem. Poczułam ssanie w żołądku. Czułam się tak, jakbym nie jadła 4 dni.
-Dym, zjesz coś?-
Nad jego rękoma pojawił się jakiś jadowitozielony gaz. Zniknął, a syn Galiego upadł na skałę.
-Co... jedzenie?!-
-Tak-
Usiadł. Wyglądał słodko, gdy jego włosy były w nieładzie. Pamiętam, jak musieliśmy utrzymywać Sehri. Pamiątką po tym był szary kosmyk u mnie i Dymitra. Chyba się zakochałam...
-Żeś mnie wytrąciła z uwagi. Prawie udało mi się wytworzyć amoniak!
-Gdzie jesteśmy?
-Zemdlałaś i bardzo szybko teleportowałem nas do Galierdu. Prawie zginęłaś.
-Dzięki.
Usłyszałam szelest.
-Dym...
-Tak?
-Też to słyszysz?
-Nie. A co?
-Wydawało mi się... nic.
Nagle coś wyskoczyło z krzaków. Zaatakowało to mnie i Dymitra. Coś zaświeciło i oślepłam.
-NIC NIE WIDZĘ!!!- Krzyknęłam.
Poczułam przeszywający ból w okolicach szyi. Czułam, że umieram.

Zauważyłam Dymitra. Byłam w Neher. Na marginesie. Neher to coś jak ciasto. Ma kilka warstw. Syn powietrza miał mroczną aurę. Pamiętam, jak jakiś potwór spowodował, że on przeszedł na stronę Mroku. Prawie zabił Sylvię, Alexa, Hansa i Chrisa. Ale była inna. Ręka z bardzo długimi palcami znalazła się na jego ramieniu. Był to Maranam. Bóg mroku. Uśmiechnął się zimno.
-Przejdzie na moją stronę. Odrodzę się-
Obudziłam się. Byłam w szpitalu. Pojawił się Alex.
-Dymitr zniknął. Prawie umarłaś.
-Wiem. A, co nas zaatakowało?
-Najwyraźniej Życiożercy. Podobno ktoś zobaczył Dymitra.
-Wiem gdzie on jest. Poprowadzę misję.
-Nie możesz. Jesteś teraz bardzo słaba. Nie dałabyś rady przywołać iskry.
-To użyj zaklęcia leczenia.
-No...
-Rób to!
-Panajakhana maxima!
Z jego różdżki wystrzelił promień. Poczułam się... lepiej. Wstałam. Uległam zapłonowi. Pojawiłam się w apartamencie. Szybko się przebrałam, spakowałam plecak i... gdzie moja kulka?
-O Tis Agnio, królowo bogów. Proszę, otwórz Drzwi dla twej córki, Nicole La Brun.
Przestrzeń się wybrzuszyła i na ścianie pojawiły się czarne, duże drzwi. Jak w tej szafie w Narni. Znalazłam list. Zaczęłam czytać.
Nicole, moja córko. Jak widzisz, mój świat jest powoli niszczony. Ja sama mam wielki problem, żeby skupić się w jednym miejscu. Nie zapomnę o tobie.
Kocham cię.
Mama
Pomyślałam, gdzie on może być. Świat powietrza? Może mroku?
-Grana Kurd.
Wokół mnie pojawiły się heksagonalne komórki.
-Marnetriam, pałac Maranama.
Zauważyłam fioletowy blask. Wskoczyłam.
Pojawiłam się. Dzięki bogom, że widzę w ciemności. Chodź tutaj i tak było baaardzo ciemno Zauważyłam drzwi. Wolałam jednak zmienić się w malutki ogień. Gdzie jest Dymitr. Znalazłam Maranama. Rozmawiał z kimś.
-Powiedz mi, co robi mój syn?
-Prowadzi jakieś zajęcia. Większość z nich to jakieś mikstury.
To był Dymitr.
Wleciałam do biura. Poczułam, że coś nie pozwala mi być w tej formie. Nagle zmieniłam się w siebię.
-Dymitr.
-Tak panie?
-ZABIJ JĄ!!!
Pojawił się koło mnie. Zajżałam w Neher. Jego aura była czarna, jak węgiel. Wolałam nie patrzeć na boga Mroku. Wziął mnie i zaczął przyduszać. Wyjął nóż. Przystawił mi go do gardła. Zaczął go przyciskać. Może dam radę...
-Dymitr. Nie pamiętasz, jak byliśmy razem w Galiardzie? Jak razem walczyliśmy w Sehri? Gdy zniszczyliśmy mroczną bazę? Ja... ja cię kocham.
Jego oczy, które były czarne (całe oczy. Razem z białkem) Zaczęły normalnieć. Oczy przybrały barwę nieba.
-Wampiry- Powiedział Maranam.
Zniknął. Nagle pojawiły się jakieś istoty. Od razu mówię. Nie były jakoś upięknione. Byli to ludzie, chodź byli bladzi i mieli czerwone oczy. Jeden tak szybko biegł, że zanim się ruszyłam, to Dymitr leżał z raną na szyi i widziałam jak jad przechodził po ciele. Zauważyłam chmurę, lecz byłam szybsza. Stworzyłam kulę ognia i go spaliłam. Wszystkie stwory zniknęły.
-Dymitr!
Przestał się ruszać. Jad przeszedł prawie przez całe ciało. Nie mógł stać się taki jak oni. Poszukałam w plecaku.
-Gdzie to jest! MAM!!!
Podałam mu łzy jednorożca. Jad zaczął znikać. Dymitr zaczął kaszleć.
-Dymitr!!!
-Co jest?
-Dziabnął cię wampir.
-To co mówiłaś... naprawdę się we mnie zakochałaś?
-Tak!
Usłyszałam trzask. Pojawił się Reyon i jego koleżanka.
-Dymitr! Co ci się stało?
-Wampir go ugryzł. Dałam mu łzy jednorożca.
-Niestety, będzie miał niektóre ich cechy. Będzie szybszy, silniejszy, inteligentniejszy, będzie żył dłużej i będzie wolał mięso.- Powiedziała dziewczyna.
-A, to jest moja żona. Laetia, nimfa światła. Chodźmy już do Akademii.
Otworzyły się Drzwi.
-Reyon? Tylko bogowie potrafią stworzyć takie drzwi.- Powiedział Dymitr.
-Ach tak. Dostałem podarunek. Jestem teraz bogiem pokoju i magii.
-To... ROBIMY IMPREZĘ!!!- Krzyknął mój chłopak.
Zniknęliśmy.
Okazało się, że w naszym biurze chłopaki zebrali jedzenie i przygotowali wszystko. Kilkanaście litrów różnych napojów, 4 piętrowy tort, i dużo jedzenia.
-WOOOW! Ludzie! Dziękuję wam, dzieci. Ale skąd to macie?-
-Więc tak. Christopher, ja, Hans i Jason i Cleo i Elie włamaliśmy się do Fort Knox...- Powiedział Han.
-A Alicia i Padma przyróciły złoto...- Ciągnął Han.
-A Khal i Sylvia zrobili to ciasto.- Dociągnął Han.
I zaczęła się impreza.

czwartek, 4 lutego 2016

Nowy, Wspaniały Świat


Nowy, Wspaniały Świat

Rozdział 1
A o to moja historia
Cześć. Jestem Chris La Rue
Mamy 2495 rok. Była zaraza. Wielka zaraza. Zmarło 70% ludzi, a 25% zmutowało w potwory. Czy ja zmutowałem? Tak. Pozostałe 5% zyskało moce. Jaką ja mam? Umiem tworzyć pola ochronne, zmieniać postać i zyskiwać zdolności i dzięki Przekaźnikowi umiem robić coś podobnego do czarowania. A, i teleportacja czasowa, chodź tego się nauczyłem. Ci co zostali podzielili się na dwie frakcje. Wanowie, czyli osoby o krępej budowie, którzy stali się "dzicy" a raczej są związani z naturą. Miasta na koronach drzew, Na przykład. Są też Asowie, czyli osoby wysokie, silne, inteligentne. Mamy bardzo rozwiniętą technologię. Czy miasta się zachowały? Nie. Miasta w stylu Nowy Jork, Paryż są ruinami. Witajcie w mym domu!
-Chris, tam są potwory, czy coś.- Powiedziała moja siostra, Clarisse.
-Zmienię się w pszczołę. OK?-
-OK-
Poczułem, że się zmniejszam. Wyrosły mi skrzydła. Żądło też. Stałem się pszczołą! Jej! Może jednak orzeł? Powiększyłem się, wyrósł mi dziób. Straciłem 2 pary nóg, które zmieniły się w skrzydła. Nogi zyskały pazury.
To są ludzie.
Jeden Wan, 2 Asów i jeden potwór. Wygląda jak pies. Okrążyłem ich 3 razy i wróciłem do obozowiska. Zmieniłem się w siebie.
-Wan, dwóch Asów i pies. Chyba.-
-Chyba?-
-Przecież może to być monstrum, czy coś-
Ile lat ma Clarisse? 13.
Byli 10 metrów od nas. Aż nagle poczułem chłód. Powietrze zamigotało i pojawiły się 2 mutanty, Pożeracze. Wysysają szczęście. Tamci zemdleli, a Clarisse nic nie mogła zrobić, bo ona ma moc superszybkości i iluzji. Co mogę zrobić! Może ten czar? Pomyślałem o tym, jak było normalnie 4 lata temu.
-Expecto Patronum!
Z przekaźnika wyleciało widmo psa. Mutanci zniknęli. Zaleciało Harrym Potterem. No co, był modny do Wielkiej Zarazy.
Pobiegłem do tamtej grupy. Obudzili się.
-Kim jesteś!- Powiedziała dziewczyna.
Podniosłem ręce w pojednawczym celu.
-Jestem Chris La Rue. A to moja siostra, Clarisse La Rue.-
-Zajechało Percy'm Jackson'em.-
No co, też był modny.
-Co?-
-Nic. Ja jestem Nicole i jestem Asem. To jest Han, który jest Wanem, bardzo inteligentnym. A to James. Też As i nasz przywódca, chodź teraz był chory, więc stracił głos.-Spytała Nicole.-Macie jakieś zapasy?-
-5 osób? Wystarczy na jakieś 2 dni. Mógłbym polecieć po żywność.
Zmieniłem się w kanię (takiego ptaka). Wzrok mi się wyostrzył. Wiecie, jaka jest budowa ptaka drapieżnego. Okrążyłem dwa razy obozowisko i poleciałem w kierunku Nowego Jorku.
Ruina.
To jedyne adekwatne słowo na określenie tej 700 milionowej metropolii. Wielkie kilkunastokilometrowe Arkologie są siedliskiem potworów i wielkimi lasami. Lecz czasem się zdarzy, że znajdę Pakiety Żywieniowe. A nawet może być gdzieś nektar (napój uzdrawiający) i HoSnack (batonik leczący). Zmieniłem się w zmutowaną sowę. Zmutowana, bo widzi 200 razy lepiej niż człowiek. Mam Pakiet! Nawet kilka. Powinno wystarczyć na tydzień. 4 batoniki i 5 termosów. Najwyraźniej właściciel zmarł. Zauważyłem ciało. Łe! Wylądowałem i zabrałem plecak z zapasami. Zmieniłem się w sokoła. Pewnie myślicie jak latałem z plecakiem? Wziąłem go w pazury. Leciałem z 5 minut. Wzleciałem na 400 metrów i zacząłem pikować. Nurkowałem 10 sekund. 2 metry nad ziemią malowniczo zmieniłem kształt i wylądowałem. Porada. Nie skaczcie z wyprostowanymi nogami.
-AUŁ!
-Pokaż plecak.- Powiedział Han.-Co masz.
-Sklep u Chrisa otwarty! 30 pakietów + 5 półlitrowych termosów z nektarem + 4 duże batony HoSnack!-
-Skąd masz tyle żywności?!- Spytała siostra.
-Znalazłem. Clarisse, weź zagotuj wody na 5 osób.
-OK.
-Ja rzucę pole ochronne. Nicole, ty… o co chodzi?!
Jej oczy zrobiły się zielone.
- 5 pozostałych
Którzy zniszczą Pradawnych
Stworzy Nowy, Wspaniały Świat.
Odtworzy to co zniszczone,
Pomogą w tym, co ważne.-
-Chyba wysłuchaliśmy nowej przepowiedni.- Powiedział James.
-Przepowiedni? Czy ona...
-Tak. Ona ma moc przepowiadania przyszłości. Od kilku miesięcy ma coraz więcej ataków. Niestety.
-Poza tym… jak odzyskałeś głos?-
-Miałem małą dawkę nektaru i małą kostkę HoSnack’a.
OK… dziwnie się zrobiło. I Ściemnia się. Niedługo przybędą potwory.
-A gdzie wasz pies?- Spytała Clarisse.
-Położył się. I tak, to jest pies. Tylko, że będzie żył jeszcze 40 lat.- Odpowiedział Han.
-Musimy iść do namiotów. Niedługo będą stwory.- Rozkazałem.
Położyliśmy nasze namioty. Wyglądają jak paczki gum. Zaczęły się rozkładać. Rozłożyły się. Nadają się na pomieszczenie dla 6 osób, jest tam łazienka, kuchenka, generator prądu, telewizor (chodź jest tylko 5 kanałów, bo cywilizacja powoli powstaje) i konsola. Pogram sobie… może w ZCOM 8. Ale najpierw pole. Wyszedłem.
A tam jadka.
Potwory. I to dużo. Regeneratorzy, duchy i jakieś stwory, których nie znam.
Było dużo poległych, ale zbliżała się kolejna fala. Skupiłem się. Z mojego Przekaźnika wystrzeliła fala energii i stworzyła bardzo silne pole ochronne. Heksagonalne komórki zaczęły świecić. Monstra się odbijały lub wybuchały. Aż nagle pojawiło się coś niespodziewanego. Bomba pojawiła się kilka milimetrów nad polem pojawiła się bomba dziwności. Zniszczyła pole. Na marginesie. Bomba dziwności powoduję zmianę materii w energię, a energia powoduje wybuch.Oślepiło nas na chwilę.
-Ach! Co to było!- Krzyknąłem
Zauważyłem człowieka z zbroi. Poczułem piekący ból w okolicach serca. Zemdlałem.

Obudziłem się. Widziałem przepiękny widok z okna. Kilka chmur, widok na ocean jak i też na wielką metropolię którą jest cały stan Kalifornia. Tu jest główne miasto Asów. Mieszkało tu 2 miliardy ludzi, lecz teraz mieszka 20,3 miliony. Mało dość. Znam to miejsce. Wielka Arkologia Zachodnia. 15 kilometrów wysokości. Wolałem jednak udawać, że nie wiem nic.
-Co się stało? Gdzie ja jestem?-
Usłyszałem trzask. Nagle pojawił się ten gość w zbroi. Miał chyba 35 lat i jego twarz przecinała długa blizna, jak po ataku głosownika (to taki ptak, który umie robić baaardzo duże i trudne do wyleczenia rany + jego pazury są pokryte jadem).
- Wielka Arkologia Zachodnia, poziom szpitalny. 9000 metrów nad poziomem morza. Prawie zmarłeś.-
-Jak to!-
-Widzisz, kilka razy zmieniałeś postać co spowodowało wykorzystanie ⅙ energii. Potem Wykorzystałeś na bardzo silne pole ochronne 11/12 tolerancji, jeszcze zaklęcie. Ten ból był przez to, że twój organizm chciał cofnąć się w czasie. Ale też dostałeś promieniem ogłuszającym.
-Dopiero teraz mi się przypomniało. Co ze stacjami w Układzie Słonecznym i na Alfa Centauri?
-Stacje są zniszczone i nie wiemy. Równie dobrze mogły mieć niepodległość.
-A co z Clarisse i Nicole?
-Wszystko OK. Tylko, że u Jamesa znaleziono kilka bakterii z Zarazy. Han... nie wiemy. A teraz możesz sobie pochodzić po budynku.
James chory. Hanowi coś się stało. To źle. Mój szlafrok zmienił się w czyste ubranie. Czarne buty sportowe, jeansy i biała koszula. Wyczułem w kieszeni, że mam coś kwadratowego. Znalazłem generator pola. Gdzie Przekaźnik! Wróciłem do pokoju. Zmienił się. Teraz wyglądał jak mój pokój przed epidemią. Urządzenie było na stole. Wziąłem je i wybiegłem. Pojawił się plan budynku. Winda jest za 20 metrów, a na tym poziomie jest taras widokowy. Może… poszukam Clar (skrót od Clarisse. Chyba wiecie o co chodzi). Zauważyłem tego gościa z blizną.
-Gdzie Clar?-
-Obok twojego pokoju-
Otworzyłem. Nie było jej. Zauważyłem tylko komunikator.
-BUUU!-
Pojawiła się siostra. Jak ja nie lubię, gdy mi tak robi.
-Przestraszyłaś mnie! Yhh! Idziemy do knajpki?-
-Mamy pieniądze?-
-Spokojnie, mam zapasowe hajsiwo na koncie-
Wyszliśmy. Gdzie był poziom handlowy. Otworzyłem mapę holograficzną.
-Siostruś, wolisz wykwintne dania, czy coś bardziej “przyziemnego”?-
-Raczej… coś wyszukanego-
-Mapa. Restauracje. Poziom handlowy dla zamożnych-
-Winda za 14 metrów. Piętro 7134 czyli 1000 pięter w dół. Potem…-
-Stop! Powiesz później-
Winda była… przepiękna, według mnie. Był widok na każde piętro. Holo-ekran pokazywał piętra. Chodź nie widziałem zbytnio szczegółów na piętrach, bo pędziliśmy z prędkością 14000 km/h. Lecz muzyka i tak była fatalna. Park wodny. Plaża. Góry. WOW. Zapomniałem już, jak to jest w takim mieście.
-Piętro 6134, poziom handlowy dla zamożnych.- Powiedział zimny kobiecy głos.
Otworzyłem mapę.
-Typ restauracji-
-Centauriszczyzna czy może Księżczyzna?- Szepnąłem do Clar.
-Centauriszczyzna.- Wybrała.
-Kuchnia z planety Alfa Centauri C. Proszę skręcić w prawo teraz-
Skręciliśmy.
Przed oczami pojawił się nam lokal. Najdziwniejsze było to, że grawitacja była tam o połowę mniejsza niż normalnie. Był taras widokowy. Nawet były teleportery, które przenosiły potrawy. Usiedliśmy. Pojawił się holo-kelner.
-Co podać?
Pojawiła się holo-karta. Było bardzo dużo potraw.
-Poproszę pieczeń po Kalicharniańsku, zupę z ogniokrzewu i Nuka-Colę.- Poprosiłem.
-A ja… pierogi z farszem poligoria i Nuka-Colę.-
Karta zniknęła. Kelner też, lecz zauważyłem ognika (takie stworzonko z ognia) jednak wydawało mi się. Usłyszałem pytanie jakiegoś Asa.
-Dlaczego ta restauracja nazywa się “Wielkie Oczy”?-
-Dowie się pan jak dam rachunek-
Ciekawe. Dobrze, że zostało mi jakieś 1000 Kornetów. Zauważyłem błysk na mojej stronie stołu. Pojawiły się moje potrawy. Mmm… pycha! Poczułem wstrząs.
-Co się dzieje!- Usłyszałem głosy.
Pojawiła się bomba, nie inaczej. One mnie chyba uwielbiają. Poczułem piekący ból w okolicach brzucha. I oczywiście zemdlałem.

niedziela, 31 stycznia 2016

The Elementary (cz.4)

 Khal
[Koniec. Ja jeszcze nie miałem własnej części nagrania. ]
[Khal, czemu ty!]
Ach, tak. Christopher wrócił z Setenalu i jego skóra była bardzo gorąca. Powiem tyle, dymiła. Teraz nawet zaklęcie latarki spowodowało by spalenie jego ciała. Coraz częściej otwierają się dziury do Morza Chaosu, lecz na szczęście prawie nigdy nie wlewa się czysty Chaos. Dzisiaj lekcja treningu animoji. Przed chwilą przez megafon zapowiedziałem ją. Już są wszyscy, na szczęście kilkanaście uczniów umie się teleportować.
-OK, więc teraz powiem czar którego powinniście się nauczyć. Serapeng!-
Z mojej różdżki wystrzelił strumyk i cała sala zmieniła się w polanę. Dach i ściany zniknęły.
-Wyjmijcie swoje Madi i je otwórzcie-
Teraz polana była pokryta mgłą. Wszystkie animoje się zmaterializowały. Otworzyłem swoje jajo. Mój smok. Bardzo lubię smoki. Nagle otworzyła się dziura. Była czarna. Wyleciała z niej chmura.
-Maat!
Tylko mała część energii była użyta, chodź zakręciło mi się w głowie. Dziura zniknęła. Chwila. To były Skórniaki!
-Uwaga, to są Skórniaki! Przehandlowały życie za pomoc złu. I nie pozwólcie, by jakiś was dotknął. Zmienią się w was, a wy rozłożycie się w nich. Ale wystarczy proste zaklęcie. Prohibere Malum!-
Ale tylko kilka zniknęło. Coś jest nie tak. Wziąłem megafon.
-SOS! ATAK SKÓRNIAKÓW! ZAKLĘCIA NIE DZIAŁAJĄ! SOS! POWTARZAM! ATAK SKÓRNIAKÓW! ZAKLĘCIA NIE DZIAŁAJĄ!
Nagle pojawiła się Kantia. Co ona tu robi? Nagle stworzyła chmurę i Skórniaki zniknęły. Ale czemu! Rozumiem, że to moja babcia [Nie śmiać się. Ty Dymitr, jesteś moim kuzynem od bogów więc cichaj!
-A nie, bo ja jestem twoim wujkiem. HAHA!-
To był Dymitr.]

Po kilku lekcjach wreszcie miałem wolne. To pogram sobie w GTA V. Wreszcie. Lub sobie poczaruję. Wiem! Zobaczę moich znajomych z kraju wody. Dawno ich nie widziałem. Wziąłem kulkę teleportacyjną. Ale najpierw trza dać im sygnał. Miałem gdzieś tą bransoletkę. Mam. Nacisnąłem i zaświeciła się. Więc tak. Najpierw muszę się zmienić w jednego z nich, a potem się teleportować. Skupiłem się. Nagle dwa bicze z jakiejś sieci we mnie uderzyły. Teraz muszę się teleportować.
-Teleportacja!
Zacząłem podróżować. Widziałem świat mojej matki, jak i też świat Maranama. Panował tam
większy nieład niż zwykle. Przeszedłem przez membranę międzyświatową. I jestem.
Wyrosły mi płetwy i ogólnie wyglądałem rybio. Woda zabulgotała i zjawił się mój znajomy.
-Cześć Will!-
-Cześć Khal. Oczywiście musiałeś zmienić postać. Masz ze sobą maskę?-
-Nom. Niech będzie, ale później. Powiedz mi co się dzieje w Sehri-
-Normalnie jest. Lecz coś się dziwnego dzieje się w Królestwie Natury. Jak ostatni raz tam byłem, to co najmniej 1/5 miasta jest w metalu. A u ciebie?-
-U mnie OK. Lecz Chaos zaczyna coraz częściej się wlewać-
-Chaos? Jak to?!-
-Po prostu. Np. czytam książkę, a tu nagle pojawia się dziura-
-Dziura?-
-Do Morza Chaosu-
Nagle poczułem, że moja kulka teleportacyjna zadrżała. Najwyraźniej ktoś się dobijał. Wtem wyleciała z mojej kieszeni i otworzyła przejście. Powiedziała zimnym, kobiecym głosem.
-Twój przyrząd został zepsuty z powodu Wody Chaosu. Możesz przejść przez gałęzie Wszechdrzewa-
-Muszę lecieć. To zobaczymy się później-
-Pa. Posłuchaj! Mam znajomego, krasnoluda. Meldorg. On też musi przejść do swojego wymiaru-
-Meldorg? Przecież to mój przyjaciel! Gdzie ma wyruszyć?-
-Do Marnetriamu-
-OK. To... pa.- Powiedziałem.
-Pa-
Zmieniłem się w siebie i wszedłem do portalu. Nie lubię łazić po gałęziach drzewa. Poza tym, niektóre były spalone lub zatrute. Czy to przez ostatnie wydarzenie? Nie wiem. Wiatr był silny. Zawsze pień drzewa był dziwny. Tam, gdzie były dziury, pojawiało się światło. Normalnie jak ekran telewizyjny. Przepraszam. Jak zyliony ekranów telewizyjnych. Znalazłem wyjątkowo dużą dziurę, która świeciła na zielono-niebiesko. Ziemia. Wskoczyłem. Coś mnie zaczęło trzymać.
-Khal, tam jest pusty wymiar. A ten blask, to pułapka- Powiedział niski, głęboki głos.
Wyskoczyłem. Zauważyłem krasnoluda mojej wysokości, z brodą i okularami.
-Meldorg! Stary, gdzie ty byłeś! I po co ci okulary?-
-Widzisz, byłem w Sehri. A wiesz co światło mogłoby ze mną zrobić.-
-No tak. A... co tam dokładnie jest?- Wskazałem na poświatę.
-Pusty wymiar, lub miejsce wypełnione Chaosem.-
-Musimy przejść na tamtą gałąź.- Wskazał na konar.
Szliśmy. Kilka razy prawie spadłem, więc zmieniłem się w smoka. Coraz częściej otwierały się dziury. Jest! Zmieniłem się w siebie.
-No, to wskakuj do Marnetriamu-
-OK-
Ciało Meldorga zniknęło w konarze. Nagle zauważyłem, że miałem zaczepiony sznur na nodze. Chwila. Nie przeżyję tam minuty. Sznur na szczęście jest długi. Czar obronny!
-GRANA KURD!!!-
Było ciemno. Ja świeciłem na zielono, a i tak bardzo mało widziałem.
-Oczowidz-
Zauważyłem wielkie góry i potwory. Aż nagle się obudziłem. What?! Okazało się, że leżałem na granicy między gałęziął a wymiarem. Lina zniknęła. Aż nagle się teleportowałem. Znalazłem się w pokoju. Bolała mnie głowa. Chris stał w drzwiach. Jego ręka była z metalu.
-Uratowałem ci 3 raz życie-
-Dzięki. Co z...-
-Moją ręką? Ukształtowała się. Okazało się, że zbyt dużo magii użyłem. Więc, musiałem coś poświęcić. Jutro mamy wolne-
-Świetnie-
-Lecę do pokoju-
Zmienił się w chmurę.
Ten dzień był dziwny. Czy jutro będzie lepiej?

sobota, 16 stycznia 2016

Bogowie z Sehri według Dymitra Ivanowa (cz.1)

"Moim synem jest drzewo"?

Znacie mnie? Jestem Dymitr Ivanow. Tak, ten Dymitr co świat uratował. Ale koniec z przechwałkami.
  Na początku nie było niczego. Była tylko pustka. Nagle powstał Tiparinislis, czyli mgła. Potem ta mgła uzyskała świadomość. Niestety. Swój "mózg" (czyli ta bardziej udana część) zmieniła w Kosmos.
[Panie Ivanow, ale jak on się podzielił na 17 światów?]
[Wyjaśnię później.]
Potem wziął do ręki nóż, i pociachał się nim. Jak nastolatka z probemami. Krije (czyli boska krew)
polała się i zmieniła się w kobietę, czyli Chaos. Nudziło im się. Łazili w te i wewte, a nic nie było, nie licząc mgły. I zagadali. Gadali tak i gadali, a to zmieniło się w prawdziwy związek. Aż chcieli się... nie powiem tego, bo za młodzi jesteście. Ja też jestem za młody. Tworzyli miłość. Dosłownie i w przenośni, bo to wtedy powstała para miłości, czyli... moja ciocia i wujek (nie proś mnie, żebym ci wyjaśniał genealogię bogów. Kiedy to robiłem, musiano mi przywracać duszę). Aż nagle, ni stąd ni zowąd powstał kawałek skały. Chaos go urodziła, i wyrosła roślinka.
[Panie Dymitrze, a jak to urodziła?]
[Czy ja wyglądam na genealoga lub boskologa?]
-Moim synem jest drzewo?! Dzieci w szkole będą się wyśmiewać z niego.- Krzyknął Kosmos zdziwiony.
-Uspokój się. Szkoły nie wynaleziono.-
-Żądam rozwodu!-
-Kochanie, rozwodu też jeszcze nie wynaleziono.-
Odwrócił się i coś tam gadał.
-A poza tym, podobno nasze dzieci spowodują, że wyrośnie. A teraz bądź cicho.-
A potem narodziła się Wielka 6. Tak ich nazywam. Czyli: Tannir (woda), Palaivia (ziemia), Tis Agnia (ogień), Gali (powietrze), Maranam (mrok) i Kantia (światło). Zauważyli starszego brata.
I dzieci uczyły się różnych magii. Czyli 4. Magia Chaosu, Mgły, Kosmosu i Miłości. Ale nikomu nie przypadło to do gustu. Miały własny plan. Tak szczerze, to był pomysł Kantii, z którym się nikim nie podzieliła.
Gdy stały się dorosłe, chciały mieć jakieś pole do popisu. Światło podzieliła się pomysłem z Parą Miłości, ale oni nie chcieli mieć własnego wymiaru. Woleli rozprowadzać miłość.
-Może zrobimy z niego domek?- Powiedział Maranam.
-Albo łódź.- Odpowiedział Tannir.
-Albo pomóżmy mu! Zróbmy z niego drzewo wymiarów!-Rzekła Kantia.
-COO?!- Krzyknęła pozostała 5.
-Ale, co z łódką?-
-Lepszy wiatrak. Mów Kantia, o co ci chodzi?- Powiedział Gali.
I wytłumaczyła im pomysł. Po kilku dniach powiedzieli o tym rodzicom i byli szczęśliwi. A potem... Powiem wam w następnym rozdziale.

wtorek, 5 stycznia 2016

The Elementary (cz. 3)

Christopher
[Alex, Dymitr, dziękuję wam, że mogę opowiedzieć jeden z ciekawszych momentów.]
A, tak. Lekcja magii zaczyna się za 2 minut. Dziś będziemy się uczyć o polach ochronnych. Wziąłem megafon.
-GRUPA ENERGII DO SALI CZARÓW NR 5! POWTARZAM GRUPA ENERGII DO SALI CZARÓW NR 5!
Czekałem jedynie minutę a większość uczniów się zebrała. Jest dzwonek. Weszliśmy do klasy.
-OK, więc dzisiaj będziemy się uczyć zaklęcia tarczy. Wszyscy dobierają się w pary i każdy próbuje rzucić czar 5 sekundowej ślepoty.
Dobieranie się w pary zajęło kilka minut.
-Pamiętacie inkantancję do czaru ślepoty?-
-Nie.- Mruknęli uczniowie.
Wziąłem komunikator do ręki.
-Hans, możesz pokazać jak się rzuca czar ślepoty?-
-Dobrze.-
Po kilkunastu sekundach przestrzeń zmieniła się w ciemny dym z którego wyszedł Hans.
-Witajcie uczniowie. A tak rzuca się to zaklęcie. Andatham Aidu!-
Światło zgasło! Nic nie widzę. Już widzę. AAA! Prawie wpadłem do międzymiaru! 
-A teraz zaprezentujemy pojedynek. Hans rzuci jakiś czar mroku, a ja wytworzę pole ochronne. Pamiętajcie, że jeżeli ktoś rzuca silne zaklęcie to pole je osłabi, ale nie odbije. Więc wtedy się wykorzystuje inkantacje Gran Kaixa lub Grana Kurd. Ale dziś wykorzystujemy po prostu Grana.
Wyjąłem różdżkę. Ciekawe jaki czar wykorzysta Hans.
-Latana!-
-Gran!-
Z różdżki Hansa wyłoniła się wielka mroczna pięść. Chwila. Za mną jest wejście do międzymiaru, a moja tarcza nie da rady!
-Gran Ka... AAA!
Spadłem, odezwał się głosik w mojej głowie. Spadłem i zginę za kilka minut.
-ZAMKNIJ SIĘ!
Czułem, że coś mnie trzyma. Widziałem tylko rękę. Bladą i chudą. To był Hans! Nagle wynurzyłem się z miski. Tak. Miski. Wejście do międzymiaru to miska.
-Hans, pomówimy na przerwie. OK?
Wyszedł. Nie dość, że prawie zginąłem, to jeszcze nie przeprosił.
-No to, ćwiczymy!
***
Długa przerwa. Trwa godzinę i jest moją ulubioną przerwą. Właśnie. Hans. Jak się nazywał czar zmiany w czystą magię?
-Sihir Murni!- Mruknąłem.
Poczułem coś w stylu rozdarcia głowy. Bolało. Jak migrena, czy cuś. Nagle byłem wszędzie. Dosłownie. I tak, widziałem, że potajemnie grasz w CS'a chodź twoi rodzice ci zabronili. Widziałem co się dzieje w Sehri, w boskich i smoczych światach i innych wymiarach. Coś jest nie tak. Stolica natury jest pokryta metalem. Czemu! Może była jakaś wojna? Nie wiem. E tam. Nie powiem Reyonowi. Po co. I tak ma za dużo spraw na głowie. Widziałem Hansa. Był w Neher. Ale czemu? Rozmawiał z czymś. To był chyba jakiś duch. Zmaterializowałem się w niebycie. Dziwne. Incepcja.
-Hans, czemu użyłeś czar który by mnie pośrednio zabił?-
-Przepraszam. Ostatnio coś dziwnego się dzieje z Sehri. Ojciec nie jest już Panem Smierci, tylko ja. A i powiedzieć ci ciekawostkę?-
-No powiedz.-
-Jesteś wnukiem Mroku, więc ja jestem twoim wujkiem. Czy coś w tym stylu.-
-Nie gadaj mi tu o genetyce bogów, bo zawsze się w tym wszystkim mylę. Miałem z tego same jedynki
Pojawiłem się na stołówce. Mam dziś smaka na krewetki. O jest! Makaron z krewetkami. Śmiesznie jest siedzieć przy stole nauczycielskim w wieku 12 lat. Pamiętam, jak kiedyś razem z kumplem podłożyliśmy gnojobombę, czyli nasz wynalazek. Śmierdziało, że łoho! Tia. Lepiej, żeby jakiś uczeń Khala albo Dymitra nie wywinął takiego numeru. O jest Reyon. Spytam się go... albo nie.
-Witajcie dzieci!-
-Hej Reyon.- Odpowiedzieliśmy.
Hej! Gdzie mój makaron! Czyżby jakiś mój uczeń? Może ktoś od Dymitra. Ale jeszcze nikt nie uczył niematerialności. Dopiero uczymy ich 3 tygodnie.
-Co to, tam na podłodze?- Spytała się Cleo.
Pojawił się kruk. Raczej jego cień. Przecież to Hans! Nagle z jego tułowia wyskoczyło 20 osobników. [Khal! Jak się oni nazywali?]
Ach tak! Boscy delegaci.
-Co się stało?- Rzekł Reyon.
-Pojawia się coraz więcej mroku we wszystkich światach!- Powiedział jeden z rogiem.
-Ale przecież mój ojciec jest teraz pociahany w międzymiarze.-
-Nie chodzi o Ten mrok. Ten mrok na Sehri to pustka. Chaos i pustka. I niestety dziury w Neher spowodowały, że morze Chaosu przelewa się. Na przykład Stolica Natury w połowie jest metalowa, a 30 kilometrów kwadratawych czy jak wy tam mówicie, to jezioro Chaosu. Niestety, ale dziura powstała także w boskich światach. Most jest niszczony, a my musimy się jeszcze przeprawić.- Powiedział inny z 3 parami skrzydeł motyla.
-Niby tak, ale często przesiaduję w Neher i umiem tworzyć mgliste wersje obiektów. Rzeczy małe jak np. blok kartek stają się realistyczne. A budowle lub różdżki są na tyle "przygwożdżone" do rzeczywistości, że można ich co prawda krótko, ale używać. Czyli Most mógłby jeszcze was przeprawić. A potem jesteście uwięzieni.-
-Hans, ja jestem dobry w magii i mógłbym ci pomóc.- Powiedziałem.
-Niech będzie. Ale to ja nas teleportuję. I znasz czar Największej Ochrony?-
-Tak. To lecimy.-
Otoczyła nas chmura. Wtem poczułem, że coś mnie trzyma za głowę. Nagle chmura się rozeszła i byliśmy koło Mostu. Byłem tu raz, ale gdy było... spokojnie i czysto. Teraz połowa miasta płonie, a z dziur leje się czarna woda. Nagle zrobiło się wybrzuszenie i przestrzeń, gdzie była chmura w kształcie drzewa zrobiła się prześwitująca. Widziałem, jak ten Chaos przelewa się.
-CHRIS! CZARY! SZYBKO!-
Wyjąłem swoją różdżkę. I na wszelki wypadek generator sygnału pomocy. Skierowałem różdżkę w górę. Skupiłem się. Na szczęście jestem dobry w starożytnej magii.
-Attipeda Raksana. Satrunu Kanipisau.Ch'wen Tri'mpa Drer'ti.-
70 metrów nad nami pojawiły się znaki. Alfabet Starożytnych. Wszystkie znaki stworzyły kulę chroniącą nas. Nie mogę tego wytłumaczyć. To było super.
Hans coś tam mamrotał. Widziałem jak z jego rąk wystrzeliwuję chmura. Nagle powstała dziura. Chaos się wylewał. Pole wytrzyma. Coś mi się nie zgadza. Te czary, one powstały po Erze Chaosu i Zła. To nie zadziała. Wtem pole się rozdarło. Jaki czar powstał wtedy? Mam mało mocy magicznej. Ten czar mnie albo zabiję, albo zapadnę w śpiączkę. Ale tutaj chodzi o istnienie wymiaru. Dałem różdżkę do kieszeni, a ręce dałem koło siebie na wysokości klatki piersiowej.
-Maat!-
Użyłem czaru porządku i stworzenia. Z rąk wystrzeliło niebieskie światło. Zmieniło się w pasma, jak by wody i skierowały się w pobliżu dziur w tym wymiarze. Widziałem tylko jedną dziurę, lecz pasm było dość dużo. Nagle to światło uderzyło w Chaos. Powoli się przesuwało w kierunku koryta. Wtem pasmo "wlazło" w dziurę i popłynęło w stronę Morza. Dziura zniknęła.
-Most został naprawiony. Chris! Ty to zrobiłeś? Wow! Chris?
 I zemdlałem.
***
Obudziłem się. Byłem w szpitalu. Wziąłem coca-colę. Chwila. Moja ręka. Była jakby z mgły.
-CO!!!-
-Nie drzyj się tak. Lily, uczennica Sylvii pomogła ci. Właśnie tworzy twoją rękę, dzięki tworzącej mgły z Mundi Nebuli.- Powiedziała Ellie.
-Aha. A... co z mostem?-
-Wszystko dobrze. Dzięki twojej magii 2 boskie światy zostały naprawione i zyskały obronę.-
-Czyli wszystko dobrze.-
-Tak. Ale nie na długo.-
Ciekawe, co się stanie dalej. Co będzie z moją ręką. Co będzie w przyszłości.