środa, 2 września 2015

Szczelina cz. 1

   Nie macie pojęcia, jak katastrofy łączą ludzi.
   Siedziałam właśnie przed telewizorem. Był to telewizor dzielnicowy, czyli jeden z dwóch które ostały się po trzęsieniu ziemi w promieniu kilometra. Obok mnie stał, oparty o ścianę, Matt. Trochę dalej, w kącie, przycupnęła Lisa. W sąsiednim pokoju Katie próbowała ugotować prowizoryczny omlet. Ze schodów przypatrywał się nam Chris, szkicując coś. Wszyscy mieszkaliśmy na tej samej ulicy, a przed trzęsieniem ziemi nie znałam nawet ich imion.

   - Meg, omlet z pomidorem, czy bez?- Katie spojrzała na mnie pytająco, trzymając w jednej ręce warzywo.
   - Bez. Może nada się na jutro- odpowiedziałam, podchodząc do niej.- Słuchaj, musimy się stąd wynieść...- zaczęłam.
   - Wiedziałam, że to powiesz. Dlatego zrobiłam już plany wędrówki do Pragi.- Wyciągnęła z kieszeni złożoną kartkę.- Proszę.
   Przyjrzałam się notatkom mojej koleżanki. Wszystko dokładnie wyrysowała. Całą drogę z Niemiec. A jednak...
   - Nie. To na nic.
   - Czemu nie? Długo o tym myślałam. Wiem, że to wypali- stwierdziła
   - W to nie wątpię. Tylko, że... myślałam o czymś innym...
   - O czym? Warszawa? Bruksela? Amsterdam? Wyduś to z siebie.
   - Myślałam o kosmosie, Katie. Jest Mars. Są inne miejsca. Jest ich mnóstwo. Można zakraść się na Th04z. To nasza jedyna szansa.
   - A ty znowu o tym!- wykrzyknęła, wiedziałam jednak, że jakaś jej część się ze mną zgadza.- To niemożliwe! Nie-mo-żli-we! Zrozum! I czemu uważasz to za jedyną szansę?- zapytała.- Została jeszcze kilka całkiem dobrze zachowanych miast. Możemy się tam przenieść. Nie będę ryzykować. Zostaję na Ziemi.
   Pokręciłam głową.
   - Katie, Ziemia, jaką znaliśmy nie istnieje. Rozpadła się w czasie tych wszystkich kataklizmów. Nie ma znaczenia, gdzie na niej będziemy. Ona się nie odrodzi. Władze nic z tym nie robią. A kosmos... to najlepsze rozwiązanie. Najbardziej pewne. Ryzykowne, ale opłacalne.
   Kate miała zaczerwienione oczy. Myślałam, że na mnie nawrzeszczy, ale ona tylko zwiesiła głowę.
   - Pewnie masz rację. Ale ja się boję, Meg, naprawdę się boję.
   Na tym skończyła się nasza rozmowa.

   - No, to o czym tak gadałaś z Kate?- spytał mnie następnego dnia Matt.
   - Co?- zupełnie zapomniałam o mojej ostatniej rozmowie z Katie.- Aaa...- zajarzyłam w końcu.- O niczym.
   Matt zmarszczył brwi. Wyglądał naprawdę ładnie, gdy się zamyślał
   - Kate wyraźnie się na ciebie zdenerwowała. Zawsze tak robi, jak mówisz o przeniesieniu się w kosmos. Mam rację?
   Oczywiście, że miał. Nie wiedziałam, jak on to robi, ale był świetny. Jakby czytał człowiekowi w myślach.
   - W sumie tak- przyznałam, i opowiedziałam mu wszystko.
   - Nie dziwię się jej. Chociaż...- chciał coś powiedzieć, ale najwidoczniej uznał, że nie powinien.- Pogadamy później. Pa.
   - Pa...- mruknęłam, patrząc, jak się oddala.
   - I jak?- odezwał się po chwili jakiś głos.
   Odwróciłam się. Za mną stał Chris. W tych swoich czarnych, postrzępionych ciuchach i rozczochranych, ciemnych włosach wyglądał strasznie irytująco. A może myślałam tak, bo dobrze go znałam.
   - Co: i jak?
   - No, czy w końcu zaprosił cię na romantyczną kolację przy blasku świec- wyjaśnił.
   - Spadaj.
   - Czyli nie?
   - Tylko po to tu przylazłeś?- spytałam wymijająco.
   - Właściwie nie. Widziałem szpiega.
   Zesztywniałam.
   - Szpiega Generała?
   Wszyscy o nich wiedzieliśmy-szpiedzy, wysłani na ziemię przez pomysłodawcę stacji kosmicznej, zwanego przez nas Generałem. Oficjalnie politycy nie mieszali się w sprawy szarych mas, ale gdyby ktoś się zagłębił w ich plany, odkryłby, że potajemnie szpiegowali i pilnowali, żeby nikt nie wyprawił się w kosmos. To był prawdziwy powód tego, że jeszcze nie udało się wkraść na Th04z. Oni zawsze udaremniali wszystkie próby.
   - Mhm- potwierdził Chris.- Dwie ulice od naszej kryjówki. Nie wiem, czy mnie widział. Pewnie tak. I było z nim coś dziwnego...
   - Co?
   - Znał nasze tajne przejścia. Znalazłem go w zasypanym szybie. Musimy się przenieść.
   - Racja- wydusiłam z siebie.- Jedziemy do Pragi. Natychmiast.
   Chris przewrócił oczami.
   - Czy ty nic nie rozumiesz. Oni mogą wiedzieć. Jedziemy na wieś. Tam może dostaniemy jakąś pracę.
   - Super. Agroturystyka. Zbieranie jabłek. Dojenie krów. Totalne zadupie.
   - Coś w ten deseń. Chodź, powiemy o tym reszcie.

   Chyba udało nam się wszystkich zaskoczyć.
   No bo w końcu w mieście łatwiej o prace, niż na wsi. A nawet pomijając ten fakt, to nikt z nas nie miał osiemnastu lat. Najbliżej tego była Lisa-za trzy miesiące miała szesnaste urodziny. Matt i Chris dobiegali piętnastki, a ja i Kate miałyśmy po czternaście lat. Ale po ostatnich kataklizmach te zasady poszły się bujać. Każdy mógł zacząć pracować. A że miasta były pełne gruzu, bezdomnych i chaosu, to wieś nagle stawała się całkiem kusząca.
   W końcu ustaliliśmy, że to najlepsze rozwiązanie. Po chwili byliśmy spakowani. Wzięłam kluczyki od samochodu ukryte pod moją poduszką. (Tak, posiadanie samochodu przez piątkę nieletnich nie było niczym dziwnym.)
   - Kto prowadzi?- spytałam, machając breloczkiem przyczepionym do kluczyków.- Lisa?
   - O nie, nie, nie. Wiesz, jak panikuję na autostradzie.
   - To kto?
   - Ja- Matt złapał kluczyki.- Dokąd jedziemy?
   - Jak najdalej od tego przeklętego miasta- stwierdził po chwili Chris.- Dajcie mapę. Zawsze znajdzie się jakaś ekspresówka.
   Prawie nam się udało.
   Właśnie zjechaliśmy z autostrady. Minęliśmy znak, który informował, że wjechaliśmy do jakiejś gminy o niewymawialnej nazwie.
   Po sześciu godzinach jazdy byliśmy wyczerpani. Cały czas baliśmy się, że zaczną nas śledzić. Ja przez całą drogę byłam spięta. Każdy samochód mogłam uznać z wóz wysłanników Generała.
   - Tam była tablica informacyjna. Najbliższa miejscowość jest za 21 kilometrów- oznajmiła Kate.
   Chris, Lisa i ja zaczęliśmy wiwatować.
   Nagle Matt się zatrzymał.
   - Wysiadać.
   - Co?- zapytałam.
   - Wysiadaj. JUŻ!
   Sięgnął przez całą długość auta, otworzył drzwi pasażera i wypchnął mnie na asfalt. Reszta również wygramoliła się z pojazdu, po czym maską wstrząsnęło potężne BUUUM!
   Mała wiadomość dla fanów efektów specjalnych: nie, samochód nie eksplodował niczym bomba atomowa,  nie wyleciał w powietrze i nie zaczął się palić. Mimo to miałam wrażenie, że dalej nim nie pojedziemy.
   - Zostańcie tutaj- poinstruował nas Chris.- Idę sprawdzić, co się stało.
   Podszedł do auta i powoli otworzył maskę, jakby w środku była odbezpieczona bomba. Wyleciała na niego chmura czarnego dymu, zaczął kasłać. Zmrużył oczy, żeby dojrzeć cokolwiek przez dym. Po chwili opuścił maskę, znacznie mniej delikatnie niż wcześniej ją podniósł. 
   - Mnóstwo obluzowanych śrub. Pusta chłodnica. To, że dojechaliśmy aż dotąd, to spory wyczyn.
   - Dobra, porzucamy wóz. Znają go- wtrącił Matt.
   - I co dalej? Zostało z 20 kilometrów do przejścia!- zauważyła Kate.
   - No, cóż. Innego wyjścia nie ma- odpowiedział chłopak.- Jak u waz z orientacją w terenie?

   Zawsze twierdziłam, że survival jest fajny.
   Zmieniam zdanie.
   Gdy wyszliśmy z lasu otaczającego drogę prowadzącą do wsi było grubo po północy. Z gałązkami wplątanymi we włosy i brudnymi ciuchami musieliśmy wyglądać jak piątka młodocianych włóczęgów. Byłam pewna, że jakikolwiek rolnik o zdrowych zmysłach prędzej nas wygoni, a nie wpuści do domu i zatrudni. Mimo to zapukaliśmy do drzwi najbliższego budynku. W ręce trzymałam małe urządzenie tłumaczące z mikrofonem w komplecie-nie tylko bezbłędnie tłumaczyło tekst, ale też mowę. Kupiłam je przy okazji jednej z zagranicznych wycieczek, a po trzęsieniu ziemi okazało się bardzo przydatne.
   Drzwi otwarły, a z wnętrza wyszedł gospodarz. Powiedział coś po czesku, co znaczyło mniej, więcej: "Co u licha?!".
   - Witam- odezwała się Kate, która również miała mikrofonik- Szukamy pracy. Czy potrzebuje pan...
   - Coście w za jedni?- przerwał jej mężczyzna, trochę mniej gniewnie.
   - Ja jestem Katherine- przedstawiła się.- A to są Christopher, Lisa, Meggie i Matthew.
   - Zaczęliście mówić coś o pracy. Chcecie się u mnie zatrudnić.
   - Tak... Tak, proszę pana.
   Gospodarz zamyślił się na chwilę, po czym westchnął.
   - Chyba przyda mi się pomoc. Wejdźcie, omówimy wszystko rano.
 

 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz