Wnuk narratora w prologu
Dziś jest ten dzień. Zobaczę wreszcie powierzchnię. Mówią, że jest spalona i zniszczona, ale według mnie są tam wielkie lasy.
Zapomniałem. Jestem Nico i mam 13 lat. Od kilku lat byłem szkolony na bycie strażnikiem. Pojedziemy na powierzchnię, i będziemy się uczyć.
- To ta chwila. Zobaczymy to, co zostało. Wreszcie - zachwycała się Alice.
Alice i Remus to moi najlepsi przyjaciele.
Alice to ładna dziewczyna, mądra i wysportowana, lecz ma protezę ręki po wypadku, a Remus jest ode mnie starszy o rok i za nic ma niebezpieczeństwa. Już teraz ćwierć jego ciała to maszyna. Sam posiadam cybernetyczną wstawkę. Mój ojciec zginął w wypadku kopalni, w którym ucierpiałem ja tracąc dłoń, a przyjaciółce zginął brat i ojciec, a sama straciła nogę.
Zauważyłem na górze światło. Powiększało się, a po kilku sekundach wyszliśmy.
Było pięknie.
Przede mną rozpościerała się zielona dolina. Było dużo drzew. Lecz żadnych zwierząt. Nawet muchy.
- Nie wychodźcie poza granicę niebieskich ogników. Macie mapy. Musicie znaleźć skarb, lecz jest on chroniony. Drużyna która pierwsza przyniesie zdobycz, dostaje nagrodę.
Start!
Pobiegliśmy w kierunku zachodnim. Czułem piękne zapachy, lecz cały las wypełniała cisza. Słyszeliśmy tylko siebie.
- Ej, niebieskie ogniki - poinformowała Alice.
Przed nami pojawiły się światełka. Leciutko migały.
- Widzicie to? Jakby kawałek przestrzeni drgał.
Rzeczywiście. Kilka centymetrów od ogromnego żywopłotu wisiał kwadrat.
Rzuciłem w niego kamieniem. Nagle pojawił się błysk, fala i pole zniknęło.
- Powoli się odnawia. Przechodzimy? - spytała Alice.
- Ja przechodzę. A wy? Alice? Nico?
- Przechodzimy.
Zauważyłem pojawiające się znikąd sześciokąty. Pobiegliśmy.
Gdy wbiegłem w ścianę zieleni, pole się zamknęło. Szedłem i szedłem. Nie wiedziałem, ile minęło czasu, aż poczułem powiew zimnego wiatru. Odwróciłem się.
A przede mną rozciągała się szara, zimna pustynia, a w oddali było miasto z windą kosmiczną.
poniedziałek, 24 października 2016
Winda (cz.1)
Winda (prolog)
Po zbudowaniu windy kosmicznej w ciągu jednego stulecia ludzkość zasiedliła większość planet w promieniu tysiąca lat świetlnych. Później powstały Przecinacze, które niszczyły tkaninę czasoprzestrzeni, tworząc portale i ludzie zamieszkali okolice jądra galaktyki. Lecz nie znaleźli innej cywilizacji.
Po wielu latach badań okazało się, że wokół czarnej dziury krąży mały generator impulsów gwiezdnych. Niszczy on każdą cywilizację kosmiczną co milion lat. Nic się nie działo.
Aż nagle pojawił się Impuls.
Pojawiła się mała, ciemna kula, która bardzo szybko się rozszerzała. Pamiętam, jak byłem na wakacjach na Idelium. Wtedy akurat pakowaliśmy się. Nagle wszystko się ściemniło. Niebo zrobiło się czerwone i pojawiła się czarna sfera. Szybko weszliśmy do autolotu, odlecieliśmy i zamierzaliśmy do portalu. Gdy ta ciemna fala przechodziła przez planetę, to wielkie miasta znikały, a bomby wybuchały. Wróciliśmy na Ziemię i czekaliśmy.
Po roku nadeszła fala. Zostały włączone wielkie generatory tarcz, ludzie odlecieli lub schowali się w bunkrach. My też. Mieliśmy holograficzny wgląd na to, co się działo. Pola Elizejskie, będące wielkim rezerwatem zwierząt i roślin w czasie przechodzienia fali zostały zniszczone. Zwierzęta nie ucierpiały. Rośliny nie ucierpiały. Ale budynki i miasta były niszczone. Chociaż wielkie generatory były włączone, to i tak wszystko było obrócone w perzynę.
Po wielu latach weszliśmy na powierzchnię. Winda została zachowana, ale nikt kto wiedział jak ją włączył nie przeżył. Ludzie zostali rozdzieleni.
czwartek, 20 października 2016
The Elementary (cz. 7)
Han
Otworzyłem oczy. Leżałem na łóżku i miałem podłączone do ręki rurki z nektarem.
- Hej, śpiochu - usłyszałem słodki głos.
- Cleo?
- Tak! Gdzie jesteś?
Nie widziałem jej. Aż nagle po ziemi popłynęła srebrny strużka.
- Czar Hydrargyros. Wiem, że to ty.
Rtęć razem z jej oparami zmaterializowały się w blondwłosą, niebieskooką, wysoką dziewczynę.
- Za dobrze mnie znasz. Jak tam?
Zauważyłem, że była szara. Dość dużo magii zużyła.
- Nie czuję stopy - wypaliłem.
- Nie dziw się. Nie masz jej. Jest tam chmura.
Odkryłem się trochę i zauważyłem, że w miejscu gdzie powinien być staw skokowy noga płynnie przechodził w mgłę. Zauważyłem małe pasemka czerni biegnące koło żył, jak i też widziałem, że w mgle były błyskawice i dziwne obrazy.
- Posłuchaj, Han, chciałam się ciebie spytać...
- KIEDY PODADZĄ STEWARDESSY? - Krzyknął głos, ewidentnie Dymitra.
Nagle z drzwi wyszły nimfy, ze srebrnymi tacami, w których najpewniej było jedzenie.
Przybyła do nas nimfa. Jedną tacę dała mi, a drugą tacę Cleo. W nich zamiast jedzenia były...
- Eliskiry? ELIKSIRY?! - wrzasnął ktoś.
Wyleciał mały kawałek papieru. Był na nim napis:
"Śniadanie Kantońskie:
Dolej zielony płyn do miski i zmieszaj z wodą. Podgrzej, dolej czerwony eliksir i gotowe."
Zrobiłem to, co było w instrukcji i w misce pojawiła się zupa, a w kolejnym naczyniu ryż.
Zjadłem w ciszy. Nie smakowało to jak kuchnia Kantońska. To nie smakowało.
Świat zrobił się cały niebieski.
- Ej, coś się dzieje z Hanem - krzyknęła Cleo.
Kilka osób zebrało się koło mnie.
Wtem poczułem szarpnięcie za pępek. Świat zawirował.
Stałem na kamienistej plaży. Niebo było szare, woda była szara. Ziemia była goła. Nie było na niej nawet mchu.
- Kiedy jesteśmy - spytał się Dymitr.
- Nie jest dobrze - powiedziała Alicia.
- Ale kiedy jesteśmy!
Po chwili namysłu odpowiedziała:
- Kriogen, 720 milionów lat temu.