piątek, 24 lutego 2017

The Elementary (8)

                        Jason
- Weź coś zrób z tym! - Krzyknąłem.
- Nie mogę nic zrobić! Próbowałem przenieść nas, ale nic się nie dzieje. Czasem tylko widzę przebłyski, jakiś lód, czy coś.
Wokół Dymitra pojawiła się burza, co oznacza, że się skupia.
- Alicia! - Zawołał Dymitr.
- Tak?
- Masz ze sobą telefon?
- No tak, ale przecież nie ma zasięgu!
- Masz tą aplikację, która działa offline? Wikioffline, jakoś tak.
- Mam.
- Wpisz zlodowacenia.
Alicia włączyła telefon i zaczęła coś czytać.
- Nie jest dobrze.
- Co jest? - Spytała Cleo.
- Ziemskie globalne zlodowacenie. Wtedy Ziemia została skuta lodem.
- I...?
- Jesteśmy na równiku.
- No tak, ale co z tego?
- Za cztery dni według Chronometru Ponadczasowego zostaniemy skuci lodem.
- Jak się przedmieścimy w czasie?! - Spytał zdenerwowany Alex.
- Pięćdziesiąt dwa kilometrów od nas znajduje się centrum czasu i świata. Przeniesiemy się do Akademii i pójdziemy do wymiaru energii.
- Jest jeden problem. - Poinformował Alex.
- Jaki?
- Nie wyczuwam energii życiowej w promieniu dwustu kilometrów. Nie czuję... trudno to wytłumaczyć. Jak by woda, ale ze składnikami organicznymi, krew i tak dalej. Wyczuwam tylko bakterie i jednokomórkowe glony.
- Macie jakiekolwiek zapasy jedzenia? - Spytała Alicia.
- Ja mam dwa batoniki i bidon z wodą. - Powiedział Han.
- Ja mam skrytkę z jedzeniem. W torebce, ale portal ledwie działa - powiedziała Nicole.
- Szybko, otwieraj! - Zarządził Han.
Wyjęła torebkę. Wyrzuciła portal i go włączyła. Ale co jakiś czas zamykał się.
- Naliczyłem, że mamy trzy sekundy na wejście i trzy minuty na wzięcie zapasów. Wtedy portal zamknie się na zawsze.
Szybko wskoczyłem. Była tam lodówka, a w niej chleb, woda mięso, owoce i warzywa. Koło mnie pojawiła się lodówka turystyczna razem z kuchenką gazową i szybko spakowałem rzeczy. Z tyłu słyszałem odliczanie:
- 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1 -
W ostatniej chwili przeskoczyłem.
- Co masz? - Spytała Cleo.
- Bochenek chleba, szynkę, kurczaka, włoszczyznę, ogórka, paprykę, pomidora, jakiś nabiał i trochę owoców. I kuchenkę gazową.
- Mamy szczęście.
- Jednak nie - poinformował Alex - 5 kilometrów od nas jest lód. O grubości piętnastu kilometrów.
Spojrzałem tam, gdzie wiał zimny wiatr. Rzeczywiście, pojawiła się ściana, która była tak wysoka, że chmury wytworzyły coś na kształt fali.
- Czekaj, jesteśmy w Kriogenie, a zawartość tlenu wynosiła wtedy chyba 2%, więc jak my oddychamy? - Zauważyłem.
- Dymitr ma taką fajną przypadłość, że w promieniu jednego kilometra jest bąbel, gdzie zawartość tlenu wynosi 21% - wytłumaczyła Alicia.
- Dokładnie gdzie mamy iść? - Spytała Cleo.
- Cały czas po wybrzeżu.
Więc wyruszyliśmy.

Szliśmy już od kilku godzin. Zimne fale uderzały w nogi, wiatr ciął po twarzy, w dodatku zaczął padać śnieg. W oddali, na wodzie pojawiła się zielona płachta glonów, ale nic z tego, bo i tak byśmy się nimi nie najedli.
Nagle zobaczyłem, że chmury przeniosły się. Zobaczyłem niebo.
Było czerwone, a przy horyzoncie fioletowe. Słońce było mniejsze, a wyłaniający się Księżyc większy.
- Immortales. Przerażające. - Potwierdziła Nicole.
- Dlaczego ma taki kolor? - Spytałem.
- Nie wiem. - Odpowiedziała Alicia.
Aż w końcu zobaczyłem, dlaczego.
W niebie pojawiły się dwie postacie. Jedna była całkowicie czarna, ale jej skóra była posiana białymi kropkami i kolorowymi chmurkami, a czasem było widać rozbłyski.
To był mój ojciec.
Druga postać zaś była zielono-niebieska, ale z jej ran leciała krew. Miał on długie włosy i cztery ręce. Byli otoczeni przez chmury, przez co wyglądali niesamowicie, ale jednocześnie przerażająco.
Wtem olbrzym zatoczył się i zaczął spadać. Zmniejszał się, przez co wyglądał coraz bardziej jak człowiek, a w pewnym momencie uderzył w wodę.
Wytworzyła się fala, która była wysoka na 40 metrów. Zbliżała się do nas.
- Alex zrób coś z tym! - Rozkazałem.
Podniósł ręce. Fala zaczęła się zmniejszać, aż w końcu trafiła do oceanu.
- Dlaczego te chmury tak dziwnie się zachowują? - Spytał Han.
- To fala uderzeniowa! Szybko, musimy się schronić! - powiedziała przerażona Alice.
Dymitr wytworzył jakąś małą kulkę. Wykonał jakiś dziwny taniec, a potem wystrzelił rękoma w stronę fali.
Była to magia dźwięku.
Dźwięk uderzył w falę i się uspokoiło.
- Super, przesunąłeś lód na pięćset metrów! - rzekł Alex.
Olbrzym popłynął do nas. Jako człowiek wyglądał na 14-sto latka i miał długie blond włosy. Na boku miał ranę, utykał.
- Hej, wy, co wy tu robicie? Jesteście jakimiś bogami? Duchami?
- Jesteśmy ludźmi - odpowiedziała Nicole.
- Kiedy się urodziliście?
- Za 720 milionów lat. Jesteśmy dziećmi Rady 11 bogów, ale Jason jest synem Kosmosu. Nie jesteśmy oczywiście wszyscy. Nasz przyjaciel przeniósł nas niechcący tutaj. Chcemy się przedostać do Centrum czasu i świata.
- Czyli ty młodzieńcze chcesz mi powiedzieć, że to twój ojciec zabrał mi mój własny świat?
Zatkało mnie. Jedynie co wydukałem to:
- Yy.. noo... eee...
Pojawiła się wielka pięść. Nim zdążyłem się obronić, uderzyła mnie, przez co straciłem przytomność.

Wszystko było zamazane. Cokolwiek dotknąłem, zmieniało się w chmurę.
- Witaj synu - usłyszałem z tyłu.
Odwróciłem się. Był tam mój ojciec, który siedział na kamieniu, a przed nim było jezioro. Gdy poczułem wodę, wpadłem do zbiornika po pas.
- Zastanawiasz się, kim jest ten olbrzym? To Hrungvin. Był elfem, ale prawie zabił mojego wnuka, Astulioresa, boga elektryczności. I wtedy... albo sam zobacz co mu zrobiłem.
Mgła zawirowała. Zobaczyłem długowłosego elfa, który stał nad ciałem boga. Jego skóra była czarna, lecz co jakiś czas pojawiały się błyski. Ale było ich coraz mniej.
Spojrzałem na niebo, a tam pojawiło się oko. Przestrzeń się wybrzuszyła, i pojawiła się twarz mojego ojca, który był wściekły.
- ZA TWÓJ CZYN SPOTKA CIĘ KARA! -
Pokazał swoją prawdziwą formę. Jestem jedynym śmiertelnikiem, który normalnie może patrzeć na prawdziwą formę boga.
Oczy elfa płonęły, tak samo jak skóra. Wszystko zmieniło się w proch, a jego dusza stopniała. Kraina w której mieszkał zaczęła płonąć. Domy, drzewa, elfy, nawet ziemia, woda, powietrze. Widziałem elfa, który próbował chronić swoją rodzinę. Widziałem elfy, które płakały, a ich łzy zmieniały się w kwas. Widziałem elfy, które błagały o przebaczenie, ale ich gardła wypaliły się.
Błysk się skończył. Przed wybuchem była to piękna kraina, z górami i morzem. Po nim stała się równiną. Płaską. Suchą. Nie było morza.
Na ziemi leżała jego czaszka. Bóg Kosmosu stanął i wziął ją do ręki. Rzucił nią w skały, a one zaczęły obrastać kości tworząc ciało olbrzyma, który miał 40 metrów wysokości. Zobaczył co się stało z wioską i zaczął płakać. Łzy, które padały na ziemię wypalały ją jeszcze bardziej. Wtem jakiś kamień zaczął do mnie mówić:
- Heej Jaaasoooon. WSTAWAJTA!
Był to głos Dymitra.
Chwila, od kiedy kamienie mówią?

Obudziłem się. Hrungvin był w przenośnej klatce. Jadł właśnie posiłek. Zauważyłem też, że przed chwilą był zachód Słońca, ale czułem, że minął cały dzień.
- Chwila, ile mamy do celu? - spytałem.
- 20 kilometrów. Gniew twojego ojca teleportował nas bliżej Centrum.
Podszedłem do klatki.
- Ty podły człowieku! Prawie zabiłeś boga! Ty to rozumiesz?
- A twój ojciec?! Spalił tysiące moich pobratymców, zniszczył wyspę na której mieszkaliśmy, a mnie zmienił w olbrzyma! Kto tu jest większym potworem, ja? Czy twój tatuś?
Odwrócił się.
Poszedłem coś zjeść. Kurczak nie miał za bardzo przypraw, ale ważne, że mieliśmy co jeść.
- Ściemniło się. Idę spać, a wy? - Zaproponowała Cleo.
- Mamy jakiś namiot? - spytałem.
- Wzięłam składany.
Wzięła chusteczkę i rzuciła nią w ziemię. Zaczęła się rozkładać i zmieniła się w duży namiot, ale zapewne w środku jest większy.
Nie myliłem się. Było kilka pokoi, z materacami. Koło dużego pokoju stała łazienka.
Dopiero teraz poczułem, jaki jestem zmęczony. Wybrałem pomieszczenie i położyłem się na materacu. Szybko zasnąłem.

Wstałem. Wyszedłem z namiotu, a obok klatki klęczała Nicole. Płakała.
- J-ja przepraszam! To moja wina!
- Co się stało?!
- Ź-źle zabezpieczyłam ten teren. On uciekł, zabierając prawie wszystkich! Zostaliśmy my i Dymitr!
Pobiegłem do namiotu. Nie licząc nas, całą reszta wyparowała. Zniknęła.
- Zhonguo!
Czekałem, aż poczuję mrowienie w palcach. 1 sekunda, 1 minuta, jedna godzina. Nic.
Wyszedłem z namiotu.
- Nie ma ich. Nie ma ich na Ziemi. Nigdzie.
- Jakie znacie wymiary poza Modusho?
- Poza wszechdrzewem i międzymiarem jest jeszcze jeden świat - odparłem.
- Jaki?
- Świat mojego ojca.